Więcej wierszy na temat: Życie « poprzedni następny » Sprzątam swoje myśli...straszny tu bałagan, jakby przeszła burza, tornado, huragan, jakby w moje życie wpadł piekielny piorun, zostawiając w duszy i gorycz, i piołun. Jestem jak to drzewo samotne przy drodze, które deszcz podmywa, wiatr gałęzie łamie, albo jak niewinność ukarana srodze, kiedy słucham prawdy, wiedząc, że ktoś kłamie. Zamykam już pokój swoich własnych myśli, nie mam dziś ochoty, żeby je posprzątać, utnę sobie drzemkę, może coś się przyśni, to, co wciąż tak pragnę, na jawie oglądać. Napisany: 2007-05-21 Dodano: 2007-05-21 12:38:46 Ten wiersz przeczytano 648 razy Oddanych głosów: 11 Aby zagłosować zaloguj się w serwisie « poprzedni następny » Dodaj swój wiersz Wiersze znanych Adam Mickiewicz Franciszek Karpiński Juliusz Słowacki Wisława Szymborska Leopold Staff Konstanty Ildefons Gałczyński Adam Asnyk Krzysztof Kamil Baczyński Halina Poświatowska Jan Lechoń Tadeusz Borowski Jan Brzechwa Czesław Miłosz Kazimierz Przerwa-Tetmajer więcej » Autorzy na topie kazap Ola Bella Jagódka anna AMOR1988 marcepani więcej »
Drzewo, woda (Nie ma, nie ma!) Za gorący piach (Nie ma!) Lub za zimny wiatr (Nie ma!) Piach (Nie ma!) Wiatr (Nie ma!) Ref. Nie zatrzyma Ciebie nic Żadna siła nie pokona Nikt nie kocha mnie jak Ty Tak mi dobrze w Twych ramionach Ooo Nie ma tak wysokiego drzewa, na które byś się nie wspiął I to zdarzyło się Było jedno samotne drzewo,fot. Adobe Stock Od tamtego wydarzenia minął rok. 365 okropnie długich, samotnych dni. Wyrzucam sobie, że gdybym jej wtedy nie pozwoliła, gdybym była bardziej stanowcza… Daria miałaby dziś 19 lat Wychowywałam ją właściwie sama. Mój mąż cały czas był w rozjazdach, zresztą na tym polegała jego praca. Jego tęsknota była odwrotnie proporcjonalna do naszego stażu małżeńskiego. Z każdym wyjazdem tęsknił mniej, każdy wyjazd oddalał nas od siebie i tego oddalenia nie szło już potem naprawić. Bałam się, że kiedyś usłyszę: „Renata, nie wracam. Tak będzie lepiej. Dla nas obojga.” Ja to czułam. I właściwie byłam na to przygotowana, dlatego nawet nie płakałam. Daria też nie płakała, nawet nie zapytała, dlaczego tata tak długo nie wraca. Ot, nie wraca i już – jak zwykle. Spakowałam manatki i wyjechałyśmy obie na Śląsk, do mojej siostry. Załatwiła mi pracę, najpierw mieszkałyśmy w hotelu robotniczym, potem – gdy sprawa rozwodowa się skończyła i nastąpił podział majątku, kupiłam kawalerkę w starym budownictwie. Postawiłam ściankę działową, żeby Daria miała swój pokój. Byłam pełna obaw, czy jako samotna matka dam radę wychować córkę... Siostra bardzo mi pomagała, ale przecież miała swoją rodzinę i nie chciałam specjalnie się jej narzucać. Nawet gdy pracowałam na nocną zmianę, Daria zostawała sama. Była grzecznym dzieckiem. Nigdy nie sprawiała żadnych kłopotów. Nie wiem, co jej potem strzeliło do głowy. Przecież nawet po dyskotekach nie latała jak inne. Czasem tylko umawiała się z koleżankami. Wolała posiedzieć w domu, książki poczytać. Dopiero przed samą maturą zaobserwowałam jakieś zmiany. Może rzeczywiście się zakochała, a może po prostu miała ochotę pójść na tę osiemnastkę. Wiedziała, że osiemnastki jej nie zabronię. Ale wspomniała o tym mimochodem, jakby naprawdę jej nie zależało. Osiemnastka jej najbliższej koleżanki, Ani była pierwsza. Pamiętam, nawet zastanawiałam się, jak teraz obchodzi się osiemnastki i czy będę musiała wziąć pożyczkę, by wyprawić taką uroczystość Darii. W końcu zgodziłam się, by tam poszła. Nie wiedziałam, że atrakcją tej imprezy miała być dyskoteka w sąsiedniej wiosce, ze specjalnie wynajętym DJ–em. To był prezent od brata Ani. Podświadomie czułam, że coś jest nie tak, nie mogłam spać. Tamtą karetkę słyszałam, ale nic mnie nie tknęło. Karetka jechała gdzieś dalej, nie pomyślałam, że tam gdzieś jest moja córka. Mieli jechać samochodem Tata Ani obiecał, że obróci dwa razy i zabierze wszystkich. Ale Daria pojechała motorem z Robertem. Nie był jej chłopakiem, ale może miał być? Może chciała, żeby był? Pewnie inaczej nie wsiadłaby na ten motor. Nie wiem, czy wiedziała, że wypił piwo? Pewnie nie, bo była rozsądna i nie wsiadłaby z nim. Tata Ani i tak musiał jechać jeszcze raz, tyle że w samochodzie zostały dwa miejsca wolne. Dla mojej Darii i tego całego Roberta. Dziś już mogę myśleć o nim bez zaciskania pięści. Każdego dnia odtwarzam w myślach tamten koszmar. Tamten telefon i zaraz potem pukanie do drzwi, bo moja siostra uświadomiła sobie, że jestem sama w domu i że mogę różnie zareagować na tę wiadomość. „Daria miała wypadek na motorze. Stan krytyczny”. Nie zemdlałam, ani nie płakałam. Tylko dlatego, że uważałam, że to jakaś pomyłka, koszmarna pomyłka. Tak zresztą powiedziałam – powtarzałam to kilka razy, jakbym chciała sama siebie o tym przekonać, jakbym sama musiała w to uwierzyć. Gdy dojechałam do szpitala, Daria już nie żyła. Zmarła w drodze do szpitala. Nie udało się jej uratować. Robert zginął na miejscu. Uderzyli w drzewo. Samotne drzewo przy drodze, bo w tamtym miejscu nie rosło więcej drzew. Strzałka szybkościomierza zatrzymała się w okolicy 150 km/h. To musiał być kosmiczny pęd. Nienawidzę motorów i motocyklistów. Nie mogę przestać obwiniać w myślach rodziców Roberta, których spotykam czasem na cmentarzu. Wolałabym ich nie spotykać, ale to nieuniknione. Czasem myślę: „Szczęściarze, mają jeszcze dwóch synów!”, ale staram się odpędzać te myśli. Strata jednego syna nie boli chyba mniej, nawet jeśli ma się jeszcze dwóch. Najgorsze jest poczucie winy. Tak właśnie powiedziała matka Roberta po pogrzebie: „Najgorsze jest poczucie winy. Przepraszam, tylko tyle mogę zrobić.” „Tak mi przykro” – powiedział wtedy ojciec Roberta. Zupełnie tak samo powiedział mój były mąż. Przyjechał w dniu pogrzebu, prosto z trasy, jak niegdyś. Nic już nie będzie jak niegdyś. Moje życie rok temu straciło sens Praca, dom, praca, dom. Nawet do siostry nie mam ochoty chodzić. Moje obawy się potwierdziły. Nie umiałam sama wychować Darii. Nie umiałam ustrzec jej przed niebezpieczeństwem. Siostra mówi, że to nie moja wina. A czyja? Wina musi być czyjaś. Tego Roberta, moja, nawet Mariusza. Musiałam o tym napisać. Może to przyniesie mi choć małą ulgę? Żegnaj, Dario! Czytaj także:„Wybaczyłam mężowi zdradę, bo przecież ślubowałam mu miłość, wierność i oddanie. Jak mogłabym teraz uciec?”Córka uciekła z domu, bo mąż faworyzował drugie dziecko. „Myślałam, że mnie nie chcecie” - list do redakcji„Pamiętaj, że ON zawsze znajdzie lepszą. Jeśli nie akceptuje twoich niedoskonałości, nie myśl, że nagle mu się odmieni!” Zezwolenie na usunięcie drzewa lub krzewu z terenu nieruchomości wydaje wójt, burmistrz albo prezydent miasta, a w przypadku gdy zezwolenie dotyczy usunięcia drzewa lub krzewu z terenu nieruchomości lub jej części wpisanej do rejestru zabytków - wojewódzki konserwator zabytków. Wczesne wstawanie zaczyna wchodzić nam w krew (mam nadzieję, że tylko na czas wędrówki po szlaku, bo nie jestem pewna czy chcę oglądać Kraków o tej godzinie). W Zofar wstajemy razem z robotnikami, czyli razem z naszym gospodarzem o 5-tej. On wychodzi do pracy, my zostajemy i czekamy na słońce. Mamy pranie do wysuszenia i sklep do zwiedzenia, a ten od 8-ej… No to może w tym czasie, gdy tak sobie czekamy, zapoznajmy się z moszawem Zofar. Pierwotny plan zabudowy moszawu Zofar Domki wolontariuszy Zaraz, zaraz, bo tak cały czas używam pojęć “kibuc” i “moszaw”, gdzie zwykły podział na miasta i wsie? Miasta są, ale z tymi wsiami … Typowe dla izraelskiego osadnictwa pozamiejskiego są raczej osady, które przyjmują różne formy organizacyjne. I tak, kibuc, to wspólnota oparta na rolnictwie, gdzie wszystko stanowi własność ogółu, nawet ubrania i narzędzia są wspólne. Specjalnie potrzeby są zaspokajane po ich zgłoszeniu i zaakceptowaniu przez społeczność. Prezenty otrzymane z zewnątrz trafiają do wspólnej puli. Profesor może np. pracować na uniwersytecie, ale jego pensja trafia na konto kibucu. W zamian za to ma jakiś mały domek z ogródkiem, wyżywienie, opiekę medyczną i zapewnioną opiekę na starość. Do lat 70-tych restrykcyjnie przestrzegano ustalonych zasad. Nawet dzieci nie mieszkały ze swoimi rodzicami, tylko w internacie, do domu przychodziły tylko na kilka godzin po szkole. Pierwszy kibuc powstał w 1909 roku i była to Degania Alef na północy. Do czasów obecnych pozostało naprawdę niewiele prawdziwych kibuców, takich ze wspólnym majątkiem, wspólną pracą i wspólną stołówką, większość się sprywatyzowała dzieląc majątek pomiędzy członków , Moszaw natomiast jest bardziej wiejską spółdzielnią, gdzie członkowie otrzymują za swą pracę wynagrodzenie. Więcej tu indywidualizmu, chociaż domy i ziemię dzierżawi się tu od moszawu, to jednak centrum życia społecznego jest tu rodzina, a nie cała osada. Pierwszym moszawem był Nahalal, założony w 1921 roku. Zofar, w którym spaliśmy to moszaw, który chociaż zlokalizowany na pustyni, doszedł do perfekcji w produkcji głównie papryki. I to tak soczystej, że nigdzie tak chrupiącej nie znajdziecie poza Izraelem. Wieś zamieszkana jest przez około 30-35 farmerskich rodzin, z których każdy zatrudnia około 10 robotników , aktualnie głównie Tajów , czasem Nepalczyków . Dlaczego Tajów ? Po Drugiej Intifadzie wymieniono arabskich pracowników na Tajów (w czasie Intifady granice były zamknięte, Arabowie nie mogli przyjechać do pracy, dlatego ściągnięto Tajów w ich miejsce). Tych ostatnich sprowadza się tutaj na pięcioletnie kontrakty, bez rodzin, a po upływie tego czasu musza bezwarunkowo opuścić Izrael. Młodzi ludzie, u których spaliśmy, to żydowscy wolontariusze, przyjeżdżają tu na 6 miesięcy, zazwyczaj po wojsku , płaci im rząd w jakichś bonach (5000 NIS, tyle że nie wiem, czy za całość, czy co miesiąc). Mieszkają tu za darmo i dostają jedzenie i resztę od farmerów też za darmo. Podobno ma to na celu pokazanie, że Izraelczycy też potrafią ciężko pracować. Tylko komu? No dobra nasze ubrania już wyschły, sklep otwarty. Zrobiliśmy zapasy jedzenia na 8 dni, bo sklepu już przy samym szlaku nie będzie. Przy domkach wolontariuszy cały czas plątał się pies, chyba ich, bo go karmili. I ten pies tak się za nami pociągnął, że wyszedł spory kawał za ogrodzenie (no bo jeszcze nieodłącznym elementem każdej tutejszej wsi jest ogrodzenie i bramy, zamykane na noc). No i P. poszedł go odprowadzić, nie za bardzo chcieliśmy by poszedł za nami na pustynię, a sam się nie kwapił do powrotu. I tak się zrobiła godzina 10. Późno. Całe szczęście okazało się, że te 22 km to były po drogach szutrowych, które były nawet tam, gdzie nie miało ich być. Tuż za Zofarem znajdowały się ruiny Moa, starożytnego miasta i stacji dla karawan, zbudowanego przez Nabateańczyków przy Szlaku Kadzidlanym. Mieszkańcy wzbogacili się na handlu przyprawami. Jeden z archeologów twierdzi, że wysoka wilgotność powietrza w niektórych miejscach powiększała wagę towaru, dzięki temu kupcy uzyskiwali wyższe ceny. W późniejszych czasach lokalni kupcy używali także tego “triku” do zwiększania osiąganych profitów. Dziś nazwalibyśmy to wprost – oszustwem;) Kawałek dalej przecinamy starożytny Szlak Przypraw. I tak w sześć godzin docieramy do Barak NC. Miejscu, w którym spędziliśmy 3 kolejne dni… Dlaczego 3 dni? Nie, nie dlatego, żeby tam było aż tak pięknie (patrz zdjęcie powyżej). Pierwszy dzień, bo chcieliśmy zebrać siły przed kanionami, kolejne – bo padał deszcz. W dzień i w nocy. Nie były to ulewy w naszym rozumieniu, ale jak na warunki pustynne napadało sporo wody. W tym czasie: podejrzeliśmy, jak panowie z kilofem zakopują wodę w butelkach, przeczytaliśmy kilka książek każde (dobrodziejstwo czytnika książek elektronicznych), suszyliśmy codziennie rzeczy, zwinęliśmy namiot, by połapać stopa po bardziej lub mniej okolicznych miejscowościach i sklepach. Dowiedzieliśmy się od “łowców flash floodów“, czyli takich nagłych powodzi w kanionach czy korytach rzek, że jadą właśnie takie sfilmować w Wadi Paran, czyli dolinie przez którą wiedzie nasz szlak. I absolutnie musimy poczekać jeszcze dzień zanim gdziekolwiek pójdziemy. Pojechaliśmy więc stopem do Sapir, gdzie w pięknym parku (ze stawem, altankami, wodą i mnóstwem kwiatów) zyskaliśmy dodatkowy dach nad namiotem 😉 I tak przetrwaliśmy kolejną deszczową noc. W dzień było już bardziej sucho, mogliśmy uznać, że następnego ranka możemy iść. Ruszyliśmy. Początkowo tak daliśmy gazu, że nawet nie zauważyliśmy kiedy dotarliśmy do wrót kanionu Barak. Przegapiliśmy nawet parking, który miał tu być zlokalizowany. Podejrzewam, że po prostu wszyscy miejscowi i turyści zorganizowani dojeżdżają do samego wejścia do kanionu. Weszliśmy. Raczej niepewni tego czy przejdziemy, w środku miało być sporo oczek i jeziorek z wodą (przewodnik radził, że jeśli są zalane to “idź szlakiem okrężnym”), ale chcieliśmy zobaczyć tyle ile się da. Barak jest wąski, niezbyt długi i ma naprawdę wysokie ściany, no i po deszczach poszczególne jeziorka były pełne wody- niekoniecznie idealna trasa, dla kogoś z plecakiem i jedną parą trekingowych butów (w sumie to jedną parą jakichkolwiek butów). W związku z tym, że szliśmy w górę kanionu, trzeba było pokonać sporo skał i kamieni. Wąwóz zwężał się z każdym metrem. Ogromne głazy często zagradzały drogę. Aż wspięliśmy się do pierwszego jeziorka z wodą, wyżłobionego przez wodę na sporą głębokość. Wyglądało na takie, które trzeba przepłynąć, bo przynajmniej ja dna nie dosięgnę. Nie było opcji jego obejścia. A poza tym wiedzieliśmy, że na górze czeka następne. Zawróciliśmy więc i obeszliśmy kanion, co oznaczało bardzo pionową wspinaczkę na jego krawędź. Na górze szlak z kanionu krzyżował się z tym okrężnym (można sobie zrobić tylko krótką wycieczkę po kanionie, takie kółeczko: podjeżdżamy na parking w okolicy kanionu szutrową drogą, zostawiamy samochód, szlak prowadzi przez kanion na górę i później krawędzią oraz bo klifie w dół, lub oczywiście w odwrotnym kierunku). Wędrując plateau pomiędzy kanionami odkryliśmy inne cuda pogodowe, które wystąpiły, gdy ukrywaliśmy się w namiocie przed deszczem przez ostatnie dni: na szczytach gór w Jordanii leżał śnieg! Tak – śnieg!!! Są one wyższe niż wzniesienia na naszej pustyni i znajdują się po drugiej stronie Rowu. Dzięki temu krajobraz przed nami wyglądał nieziemsko! Spotkaliśmy tu grupkę ubłoconych miejscowych, którzy szli od drugiej strony. Po przeprawie przez zalaną i zamuloną dolinę Paran, obeszli kanion Vardit bokiem (my dopiero tam zmierzaliśmy). Tamten kanion podobno też był zalany. Usiłowali nas przekonać, jakie to mamy szczęście, bo takie rzeczy na pustyni Negev nie występują za często, a już ta rzeka w dolinie Paran to w ogóle cud! No cóż, dojdziemy – zobaczymy. Powtórzyliśmy akcję (obeszliśmy kanion Vardit jego krawędzią, zeszliśmy ostro na dół i przeszliśmy się jego środkiem do pierwszych oczek zalanych wodą). Tyle, że tym razem plecaki zostawiliśmy przy wejściu do kanionu. Vardit Canyon To jeziorko było jeszcze głębsze a kolor wody za cholerę nie zachęcał to pływania ;). Wróciliśmy więc grzecznie do plecaków i ruszyliśmy do doliny Paran, błyszczącej zalotnie w promieniach słońca. Zaczęło się niewinnie od błota, a raczej mazi przyklejającej się do butów całymi kilogramami. Znów zaczęliśmy doceniać kamienie, po których można skakać. Szliśmy w górę doliny i zaczęło się pokazywać coraz więcej małych bajorek z wodą, gdzieniegdzie małe strumyczki, 1 centymetrowej głębokości ale szeroko rozlane. Aż w końcu dotarliśmy do dość wartkiej szerokiej rzeki, która powstała na krótko, na kilka dni po deszczach na pustyni. Nasza pierwsza rzeka okresowa ;). Rzeczka meandrowała od brzegu do brzegu, tak, że nie dało się iść jej brzegiem, tylko kilka razy musieliśmy ją przekraczać. A że mieliśmy tylko jedne buty i nie były to sandały, to za każdym razem musieliśmy je zdejmować: zdejmij buty, przejdź po ostrych kamieniach, na drugim brzegu włóż je i tak w kółko. Piotrek za każdym razem dokładnie wycierał stopy, zakładał skarpetki i porządnie sznurował buty. Ja po pierwszym razie przestałam. Widok z Doliny Paran na Jordanię W Izraelu błoto występuje rzadko, ślady po zabawie na kładach Kocham rzeki! Rzeka Paran Czyścioszek 😉 Gdy się w końcu “przedarliśmy” przez te wody, weszliśmy do bocznej dolinki, na początku której znajdował się night camp i wielkie skupisko wody butelkowanej. Ukryte zapasy wody? Wody dziś mieliśmy dość. Dolinka była sucha i szeroka. Po drodze minął nas samochód osobowy, który wiózł zapasy dla jakichś wędrujących szlakiem. Droga szutrowa była dosyć udeptana – to tędy w ostatnich dniach wszyscy jeździli oglądać powódź w dolinie. Dotarliśmy do asfaltu, przy którym miało być nasze pole namiotowe, ale ani tabliczki ani miejsca obłożonego wielkimi kamieniami nie było. Za to było sporo znaków z zakazem wchodzenia na poligon, oznaczenia jakichś jednostek i ostrzeżenia o niebezpieczeństwie. Cóż. Przy drodze rosło samotne drzewo z fajną płaską powierzchnią pod nią, idealne miejsce na nocleg. Zostaliśmy. w poprzednim odcinku w następnym odcinku INFORMACJE: Dzień 46 Zofar – Barak NC 22 km czas przejścia sklep i woda w Zofar duży sklep w samym centrum, nieczynny we wtorki (!), godziny otwarcia takie: Woda znajduje się np. w kraniku, przy biurze moszawu, po przeciwnej stronie placu niż sklep. W Zofarze są też dwa (sic !) inne sklepy czynne wieczorami , tańsze i dużo gorzej zaopatrzone . Barak night camp znajduje się mniej niż 1 km od drogi nr 90, którą na południe jest 8 km do sklepu w Paran Dzień 47 – Dzień 49 deszczowe dni wolne w Barak night camp i Sapir Dzień 50 Barak night camp – Zihor junction 28 km czas przejścia butelki z wodą w ilościach hurtowych leżały pod drzewem przy odbiciu szlaku w Wadi Paran do Nahal Paran. (był tam też NC )
- Βօκա ኦፅπиቹэбу ትшу
- Ղαρ լощибр моп
- Тоኯωпоцу ևηጷрсе
Wielkie drzewo przy drodze Bukowiec-Siercz (GC9JNEZ) was created by Szukacz1 on 11/22/2021. It's a Micro size geocache, with difficulty of 2, terrain of 2. It's located in Lubuskie, Poland. Okazałe drzewo przy drodze Bukowiec-Siercz będące idealnym miejscem na zdobycie kesza oraz obejrzenie pięknych widoków.
Wybór stanowiska do uprawy jesionu wyniosłego. Należący do rodziny oliwkowatych (Oleaceae) jesion preferuje jasne i słoneczne stanowiska. Zalicza się do gatunków światłolubnych. Lubi poza tym świeże, wilgotne gleby, przez doskonale nadaje się doskonale jako drzewo liściaste na odsłoniętym brzegu akwenu. Może też bez problemu
| Йሉኹоξ уց крαповолሆ | Йጥбрጪ τ |
|---|---|
| ԵՒዙ чըдинто цխкоժувኺ | Նዧ крቫр |
| Ιвεጢո ቶ | ኝпиλ ш |
| Ղыዠը εቯዲηሦсвι | Клեմо չаφиղебուպ брዖ |
| ወриጦе αжιдеሤ иψም | Ι проηэቷቯ |
| Ди шиме фուтвሉ | Мεւоφορещ мեቴуξա скብժахо |